# GoPro i dokumentowanie ludzkiej głupoty

GoPro to jest jedna z tych firm, które od tylu lat sprzedają ten sam sen, że chyba same już zaczęły w niego wierzyć.

Na reklamie:

- wingsuit nad Alpami,
- surfer na Hawajach,
- himalaista wiszący nad przepaścią,
- facet z brodą tak perfekcyjną, jakby była renderowana przez AI.

Wszystko wygląda tak, jakbyś po zakupie kamery miał od razu dostać:

- kontrakt z Netflixem,
- sponsora energetyków,
- własny dokument na Discovery.

A potem przychodzi rzeczywistość.

Rzeczywistość wygląda tak, że kamera jest przyklejona do roweru trytytką za 2 złote, a właściciel mówi:

> „Nagraj jak będę zjeżdżał, najwyżej się zabiję.”

I właśnie dlatego GoPro odniosło sukces.

Nie przez Hollywood.
Przez ludzką głupotę.

Bo te wszystkie „profesjonalne” reklamy mają jeden mały szczegół, którego marketing dziwnie nie pokazuje.

To nie jest:

- jeden koleś z kamerką,
- spontaniczna przygoda,
- magia chwili.

Nie kochanie.

Za tym stoi sztab ludzi większy niż obsada małego państwa.

Prawdziwe profesjonalne ujęcia kręci się sprzętem kosztującym tyle, że człowiek po zakupie przez pół roku je zupki chińskie przy świeczce.

Tam jedna kamera potrafi kosztować tyle co pół wahadłowca NASA.
Albo małego GoPro przykręconego do dużego GoPro.

A obok stoją:

- operator,
- drugi operator,
- człowiek od ostrości,
- człowiek od światła,
- człowiek od dźwięku,
- człowiek od kabli,
- człowiek pilnujący człowieka od kabli,
- i prawdopodobnie specjalista od poprawiania owłosienia łonowego aktora, żeby wszystko wyglądało bardziej PRO.

A potem GoPro wrzuca reklamę i sugeruje, że TY też możesz tak żyć.

Nie Sebastianie.
Ty przykręcisz kamerę do roweru.

Nagra się:

- pół lasu,
- ciężki oddech,
- przekleństwo,
- moment gdy wpadasz w krzaki.

I będzie zajebiście.

Moja HERO8 miała nagrać epickie ujęcie obracającego się koła samochodu podczas jazdy po szutrze.

Wiecie.
Kurz.
Kamienie.
Mechaniczna poezja.

Taki mały Mad Max dla ludzi, których stać głównie na hot doga na stacji.

I początek był piękny.

Kamera nagrywała:

- tumany kurzu,
- kamienie lecące spod kół,
- cały ten chaos i drgania,
- prawdziwe action shot.

Potem przy około 130 km/h wydarzyło się coś absolutnie cudownego.

GoPro odpadło.

I nagle zamiast filmowego ujęcia dostałem zapis śmierci elektroniki.

Świat zaczął wirować jak pralka podczas odwirowania cegieł.
Niebo.
Asfalt.
Kurz.
Kamienie.
Kosmos.

Prawdopodobnie przez chwilę kamera widziała przyszłość.

A potem jeb.

Koniec nagrania.

I wiesz co jest najlepsze?

To był najbardziej autentyczny materiał, jaki ta kamera kiedykolwiek nagrała.

Bo właśnie do tego GoPro nadaje się najlepiej.

Nie do reklam Red Bulla.
Nie do Netflixa.

Tylko do dokumentowania momentów, kiedy plan spotyka się z fizyką.

Potem kupiłem HERO12.

I tutaj GoPro zrobiło coś absolutnie korporacyjnego.

Usunęli GPS.

Z kamery sportowej.

To trochę tak, jakby producent nurkowego zegarka powiedział:

> „Wodoodporność usunęliśmy dla minimalizmu.”

Czytam instrukcję i naprawdę wyszło na to, że większość ludzi i tak używa telefonu.

Fantastycznie.

To może następnym razem usuńcie też obiektyw.
Przecież większość ludzi ma oczy.

HERO12 poleżała pół roku w szafie.

Potem kupiłem HERO13, ale już ostrożnie.
Jak człowiek po toksycznym związku.

Najpierw sprawdzałem:

- czy jest GPS,
- czy kamera dalej się nagrzewa jak piekarnik Amica,
- czy bateria nie kończy życia po pół godzinie,
- i czy przypadkiem GoPro nie uznało, że przycisk nagrywania będzie funkcją premium w abonamencie Quik+ Ultra Creator Max.

Bo z GoPro jest dziś jeden problem.

Ta firma dalej żyje legendą.

I owszem — HERO13 nadal jest fajną kamerą.
Ale konkurencja już depcze jej po mordzie:

- DJI,
- Insta360,
- Ace Pro.

Lepsze baterie.
Lepsze aplikacje.
Lepsze chłodzenie.
Lepsze ładowanie.

A GoPro dalej sprzedaje marketing z 2014 roku i zachowuje się, jakby naklejka „PRO” załatwiała wszystko.

Najbardziej śmieszy mnie jednak wojna na rozdzielczości.

5K.
6K.
8K.
HDR.
LOG.
Quantum Turbo Cinematic Ultra Pro Max.

A potem człowiek i tak ogląda ten film na telefonie siedząc na kiblu.

Ja już nawet nie nagrywam w najwyższej jakości.

Bo po co?

Żeby:

- bateria zdechła po 20 minutach,
- kamera dostała udaru cieplnego,
- komputer wył jak odkurzacz z PRL-u,
- a rachunek za prąd wyglądał jak rata kredytu hipotecznego?

Nie potrzebuję widzieć każdego źdźbła trawy w 8K.

To jest film, na którym kolega wpada do rowu.

I może właśnie w tym tkwi piękno GoPro.

Bo mimo całego tego marketingowego pierdolenia o profesjonalizmie…

…ta kamera nadal najlepiej sprawdza się przy nagrywaniu ludzkiej głupoty.

A ludzkiej głupoty, na szczęście, nadal nie brakuje.